Londyn

Podsumowanie dwóch lat mieszkania w Londynie cz.1 – trudne początki

Londyn

Niedawno minęły dwa lata od naszego przyjazdu do Wielkiej Brytanii i później przeprowadzki do Londynu. Powiem kompletny banał, ale pasuje mi tutaj idealnie. Czas naprawdę bardzo szybko mija.

Wyjeżdżaliśmy z dwoma celami, Sara studiować tutaj prawo, a ja pracować w jakimś korpo i zobaczyć co dalej z tego wyniknie.

 

Kompletnym zbiegiem okoliczności była data naszego wyjazdu. Wraz z Sarą opuszczaliśmy lotnisko we Wrocławiu 6 sierpnia 2015 roku. Wiąże się to z dwoma wydarzeniami, które zapadły mi w pamięć – zaprzysiężenie prezydenta Andrzeja Dudy i… urodziny mojej mamy (taki ze mnie okropny syn). 

 

Niby dwa lata to krótko, ale zdążyliśmy przeżyć całkiem sporo – referendum w sprawie Brexitu, wybory i kilka zamachów terrorystycznych. Na szczęście żadne z tych wydarzeń nie dotknęło nas w negatywny sposób.

 

Gdybyś zapytał mnie ponad dwa lata temu czy chciałbym mieszkać w Londynie to pomyślałbym, że zwariowałeś. Dzisiaj za to cieszę się, że Sara chciała tu studiować i że tu jesteśmy. Jedna z najbardziej interesujących przygód trwa nadal.

 

Pytali mnie – masz załatwioną pracę? A ja na to…

Kiedy w okolicach marca 2015 podzieliłem się informacją o planowanym wyjeździe moja rodzina, znajomi i współpracownicy zadawali mi jedno konkretne pytanie: masz tam załatwioną pracę? Moja odpowiedź wzbudzała lekki strach nawet we mnie – nie, nie mam, ale jakoś sobie poradzę.

 

Kluczem jest „jakoś”. Nie miałem sieci kontaktów z międzynarodowym doświadczeniem sięgającym aż do Londynu. Nie pracowałem z rozpoznawalnej firmie. Nie miałem profesjonalnej kwalifikacji. Starałem się kierować zdrowym rozsądkiem i próbować do skutku. Aż się uda. Aż dostanę konkretną, w miarę dobrze płatną pracę. 

 

Tajemnicą pozostaje, że co niektóre, bardziej życzliwe osoby wróżyły mi karierę na zmywaku. 🙂

podsumowanie dwóch lat w londynie

Pakowania nadszedł czas…

 

Rynek pracy – oszukałem sam siebie

Poszukiwania pracy rozpocząłem jeszcze przed wyjazdem. Wszedłem na portal z ofertami pracy i bardzo szybko pocieszyłem się faktem, że po wpisaniu London dostaję kilkanaście tysięcy odpowiedzi. Wydawało mi się, że tak źle to nie może być i dla takiego korporacyjnego szczura coś się znajdzie.

 

Trochę się pomyliłem, bo nie przyszło mi do głowy, że chętnych jest kilka razy więcej niż ofert. Dodatkowo ktoś z lokalnym doświadczeniem jest solidniejszy i bardziej pewny niż ja – dwudziestoparolatek z prawie trzyletnim doświadczeniem w miejscowości, której nazwy Anglik nie jest w stanie wymówić (nie wspominając już o moim imieniu i nazwisku). 

 

Na domiar złego okazało się, że mój dział (kontroling finansowy) jest niemieckim wytworem i jako tako to kropka w kropka pod taką nazwą go w Anglii nie znajdziesz. Podobnie jak mojego Polskiego stanowiska – specjalisty ds. kontrolingu.

polska-anglia-londyn

Do zobaczenia Polsko!

 

Dziękujemy za zainteresowanie naszą ofertą, ale…

Niewiele wiedziałem, ale byłem świadomy, że na pewno potrzebuję przetłumaczonego na angielski CV z dobrze opisanym doświadczeniem. Nie będąc ekspertem w tego typu sprawach napisałem na LinkedIn do byłego współpracownika – Duńczyka pracującego w Azji – z pytaniem o to jak on załatwił sprawę CV. Polecił mi profesjonalną firmę zajmującą się pisaniem dokumentów do pracy. Tak oto skorzystałem z tej usługi płacąc przy okazji 350 USD

 

Pierwsze tygodnie to był dramat, nie podobało nam się i chcieliśmy wrócić praktycznie zaraz. Ja raz po raz zadawałem sobie pytanie dlaczego zostawiłem dobrą pracę i pewne perspektywy na przyszłość otrzymując średnio dwa telefony od rekruterów w miesiącu. Tutaj na miejscu w Londynie czekała na mnie brutalna rzeczywistość.

 

Składałem po kilka-kilkanaście ofert dziennie, prawie codziennie. Wychodząc z własnych założeń, że CV powinno być zredagowane pod konkretną ofertę aplikowanie zajmowało mi po ponad godzinę, a jak doszedł jeszcze list motywacyjny to już w ogóle. Wszystko po to żeby w 9 na 10 przypadków nie dostać żadnej odpowiedzi lub maila zaczynającego się od słów: dziękujemy za zaaplikowanie, ale niestety znaleźliśmy już kogoś z bardziej pasującym doświadczeniem. Zachęcamy do przejrzenia innych naszych ofert. 

 

Trafną uwagę rzucił mi prezes jeszcze z czasów pracy w Polsce – jeśli jesteś jednym ze 100 chętnych to masz jedynie 1% szans, że się dostaniesz. Niby jedno i to samo, ale zmieniło mój punkt widzenia na sprawę zdobycia pracy. Zrozumiałem, że naprawdę będzie ciężko.

Dojazdówka na rozmowy kwalifikacyjne! 🙂

 

Topniejące oszczędności

I było. Spędzając mnóstwo godzin na przyspieszonym kursie radzenia sobie na obcym rynku pracy można było oszaleć. Zainwestowany czas zdawał się wpadać w próżnię. Automatyczne emaile, w których powtarzały się słowa: nie, nie, nie. Z drugiej strony oszczędności, które w Polsce pozwoliłyby nam przeżyć rok tutaj przepaliłby się do zera w kilka miesięcy.

 

Aplikowanie na portalach z pracą nie dawało skutku, a czas od wysłania CV do jakiejkolwiek odpowiedzi ciągnął się w nieskończoność. Trudno, jak nie drzwiami to oknem. Zacząłem napastować ludzi z agencji pracy, którzy byli wpisani jako osoby kontaktowe przy danym stanowisku. Moim podstawowym narzędziem było LinkedIn. Wysłanie krótkiego zaproszenia z notatką: „widziałem stanowisko X, mam kwalifikacje, mogę zacząć już jutro, spotkajmy się” dało mi więcej niż wielogodzinne ślęczenie nad listami motywacyjnymi.  I stało się… liczba zaproszeń na rozmowy wzrosła kilkukrotnie. 

 

Po kilku spotkaniach dostałem moją pierwszą poważną pracę w UK. Jak się później okazało była to jedna z najlepszych agencji reklamowych w Wielkiej Brytanii. Doświadczenie otwierające mi oczy na kompletnie inną branżę i podejście do biznesu. Do dzisiaj wspominam to miejsce z łezką w oku. Wspaniali ludzie i praca jaką wykonują.